czwartek, 30 stycznia 2014

Aphro Celina Eyelash - czyli konkurencyjna skuteczność i cena, a rzęsy rosną i rosną

Do napisania tej recenzji skłoniła mnie bezpośrednio Hexxana, dopominając się szczegółów odnośnie enigmatycznie wspomnianego "specyfiku", a pośrednio wszystkie osoby, które skomplementowały pod notkami moje rzęsy. Choć być może słowo moje, powinno się znaleźć w cudzysłowie, bo mój jest potencjał, a reszta... cóż...

Czuję się wydymana. Nie w porno-znaczeniu. Czuję się wydymana przez marketing pozwalający nam wierzyć, że jest jeden Revitalash i tu kończy się rynek wartościowych produktów stymulujących wzrost rzęs. Co ciekawsze, jako właściciel gabinetu kosmetycznego, który podejmuje decyzje dotyczące półkowego asortymentu, zdecydowałam się właśnie na Revitalash. Dlaczego? Ponieważ jego agresywny (i skuteczny) marketing sprawił, że sprzedanie czegokolwiek innego graniczy z cudem. A sama wiesz, jak idziesz po konkretny produkt, to choćby o innym, tańszym i równie dobrym, mówiono, że oprócz rzęs rośnie po nim również procentowa zawartość tkanki mięśniowej w organizmie, kupisz ten, po który idziesz :). Nie traktuj tego przydługiego wstępu jako antyreklamy Revitalash (który jest produktem świetnym i skutecznym). Po prostu. Mój blog, moja opinia.

Aphro Celina Eyelash kupiłam w ubiegłym roku na wiosennych targach w Poznaniu, miałam płonne nadzieje, że znajdę alternatywę dla wszechobecnego (ale i powodującego u niektórych podrażnienia) Revitalash. Ostatecznie "dla gabinetu" nie znalazłam nic konkurencyjnego, ale w mojej łazience zamieszkał 3 ml eliksir piękności... mrau.


OBIETNICE PRODUCENTA

APHRO CELINA EYELASH nie jest tuszem do rzęs, który tworzy tylko złudzenie grubszego włosa. Nie jest także odżywką do rzęs, nie działa bowiem na włos, który jest już martwy. De facto jest to serum stymulujące naturalny wzrost rzęs od ich korzeni. Dzięki odpowiedniemu aplikowaniu serum trafia do samych cebulek rzęs, wpływając na ich aktywność. Rzęsy stają się nie tylko bardziej pełne i dłuższe, ale także ciemniejsze.  
APHRO CELINA EYELASH jest absolutnym hitem cenowym, w przeliczeniu na 1 ml jego cena wynosi nieco ponad 70 PLN, czym nie może się wykazać żaden preparat o takiej skuteczności.
Skutki działania aktywnego składnika kosmetyku APHRO CELINA EYELASH odkryte zostały podczas badań nad leczeniem jaskry. W rezultacie poczynionych obserwacji został on   przystosowany do stosowania w kosmetyce. Aktywny składnik główny stymuluje cebulki włosów rzęs, wydłuża fazę wzrostu oraz opóźnia jednocześnie proces wymiany włosów.  Ponadto zwiększa się ilość aktywnych mieszków włosowych, przez co rzęsy są gęściejsze. 
Produkt jest testowany dermatologicznie i zawiera tylko składniki o udowodnionej skuteczności i tolerancji. APHRO CELINA EYELASH jest wolny od barwników, substancji zapachowych i konserwujących (parabenów). Zawarta w opakowaniu ilość (3 g) wystarcza na 3 miesięczną kurację. Pierwsze rezultaty są obserwowane po 3 - 4 tygodniach, potem należy jedynie podtrzymywać efekt zastosowania serum. 

Pojemność: 3 ml
Cena: 220 pln

OPAKOWANIE

Skromne, typowe dla tej kategorii kosmetyków. Półmatowe wykończenie pozwala na otwieranie tłustymi lub mokrymi rękami. Miękki i delikatny pędzelek nabiera tyle produktu, ile to konieczne do pokrycia obu powiek. Aphro Celina miała również kartonik z ulotką, ale nie myślałam wówczas o uwiecznianiu każdego zakupu ;).



KONSYSTENCJA, ZAPACH

Zapachu brak - na mój nos palacza, nie czuję żadnego specyficznego, ani żadnego w ogóle. Być może wrażliwsze nosy coś namierzą.
Konsystencja jest wodnista, rzadka. Można mieć wrażenie, że na pędzelku nie ma nic i dopiero po "mokrym" chłodzie na powiece czujemy obecność produktu.

SKŁAD

Inaczej niż zwykle, nie tylko podam skład produktu, ale chcę go zestawić z osławionym składem Revitalash.

APHRO CELINA EYELASH
REVITALASH
Aqua
Aqua
Hydrolyzed Glycosaminoglycans (substancja zatrzymująca wodę, humektant)
Sodium Chloride (substancja konsystencjotówcza)
Sodium Hyaluronate (substancja zatrzymująca wodę, humektant)
Chlorpensin (konserwant, dopuszczalne stężenie 0,3%)
Panthenol
Phenoxyethanol (konserwant)
Sodium Phospate (regulator pH)
Cellulose Gum (stabilizator)
C10-30 Alkyl Acrylate Crosspolymer (stabilizator emulsji
Disodium Phospate (regulator pH, przeciwutleniacz)
Triethanolamine (regulator pH, dozwolone stężenie 2,5%)
Citric Acid (regulatro pH, stabilizator)
17-phenyl trinor Prostaglandin f2.alpha.ethylamide (inaczej substancja zbliżona do osławionego Bimatoprostu)
Trifluoromethyl Dechloro Ethylprostenolamide (prostaglandyna również zbliżona do Bimatoprostu)

Phantenol


Nie będę się rozwodzić nad bezpieczeństwem i "chemicznością" składu. Raczej po naturalnych składnikach rzęsy nie rosną w ciągu 2-3 tygodni. W obu przypadkach na końcu składu mamy substancję odpowiedzialną za działanie  odżywki. Bimatoprost to sławny składnik leku na jaskrę, który zapoczątkował erę odżywek do rzęs. W ulotce dotyczącej leku (nie żadnej z odżywek) czytamy m.in.:
"Bardzo często: nadmierny wzrost rzęs (do 45% chorych w pierwszym roku), przekrwienie spojówek (do 44% chorych w pierwszym roku), świąd (do 14% chorych w pierwszym roku). Często: (..) uczucie pieczenia w oku, podrażnienie oczu, alergiczne zapalenie spojówek, (...), łzawienie, (...), wzmożona hiperpigmentacja tęczówki, ściemnienie rzęs, (...), hiperpigmentacja skóry wokół oczodołu, (...). W razie przedawkowania leczenie objawowe."



DZIAŁANIE

Chciałabym zacząć od tego, że kupiłam te 3 ml jakoś w marcu 2013 r., w tym okresie zrobiłam 4 miesięczne kuracje, a w przerwach smarowałam co kilka dni. Mimo deklaracji producenta, że produkt wystarcza na 3 miesiące, mogę stwierdzić, że u mnie zużycie jest dużo mniejsze - bo buteleczka nadal zawiera dość sporo specyfiku. Aphro Celina jest bardzo wydajna i nie obsycha, jak niektóre bliźniacze marki.

Zdjęcia rzęs "przed" nie posiadam, gdyż nosiłam wówczas rzęsy przedłużone metodą 1:1. Przed Tobą zdjęcia bez makijażu i po wytuszowaniu Maybelline Rocket Volum lub Benefit They're real.







Zdjęcia są PS free.

Co zaobserwowałam w czasie kilku kuracji:
- wzrost rzęs - bardzo szybki, bo pierwsze efekty są już po 2 tygodniach;
- przyciemnienie i pogrubienie włosków;
- podrażnienie powieki - czerwonawy ślad na powiece, który znika po zaprzestaniu stosowania;
- częstsze "łzawiące" dni;
- czasowe przebarwienia przy linii rzęs;
- przekrwione oczy;

Przy czym wszystkie doznania negatywne występowały, gdy chciałam "lepiej" i nakładałam produkt w większej ilości lub dwukrotnie. Po przeczytaniu ulotki Bimatoprostu wiem, że były to efekty przedawkowania. W związku z nimi nie stosowałam odżywki w sposób ciągły, tylko z doskoku i bardziej w celu podtrzymania efektu.  Nie mniej jestem bardzo zadowolona.

Zapytacie: wszystko ok, ale co na zdjęciach robią te okulary? A po prostu, kupiłam sobie takie w sklepie www.misswish.pl i dostałam kupon rabatowy na 20%, którego nie wykorzystam, bo nic więcej mi nie jest potrzebne. Jeśli ktoś poczuje zapotrzebowanie na kwotę powyżej 100 pln służę rabatem - i to NIE JEST reklama, ani post sponsorowany.






wtorek, 28 stycznia 2014

Kto dał Ci prawo, żeby lżyć... Czyli o tym, jak profil zainteresowań świadczy dla otoczenia o naszym potencjale intelektualnym.

Niedawno trafiłam na serię słabiutkich merytorycznie artykuło-wywiadów z blogerkami urodowymi. "Piękny Blog" - się to zwało i uprzykrzyło mi wieczór, bo z masochistyczną przyjemnością przeczytałam wszystko, włączając budujące komentarze. Portal, który popełnił te mini-wywiady, nie jest opiniotwórczy ani "na poziomie". Wspomniane artykuły miały jednorodną formę: pytanie, odpowiedź plus grafomańskie wprowadzenie. Nie jestem więc zaskoczona, że nikt nie poprawił wypowiedzi dziewczyn, ani nawet nie przeczytał przed publikacją. Uderzyło mnie jednak coś innego.

Wiem, że osoby pracujące w usługach "urodowych" (szeroko pojętych), są z definicji odbierane jako płytkie, głupiutkie, niewykształcone i w najlepszym przypadku cwane. Nie mam w planie z tym walczyć, ani nikomu nic tłumaczyć, bo mi znakomicie zwisa zdanie innych. Kilka razy próbowałam się "bronić", mówiąc, że skończyłam dość trudne, techniczne studia, a robię, co robię, bo to kocham. Że miałam, tak zwaną, dobrą pracę... Niedowierzanie to najlżejszy kaliber reakcji. Jestem zatem pogodzona z oceną mojej osoby i dla komfortu części osób, z którymi się stykam, staram się nie wyprowadzać nikogo z błędu.

Nie przyszło mi do głowy, że za przedłużeniem tej krzywdzącej oceny, załapują się też do wspólnego wora osoby z "urodowymi" zainteresowaniami. Dlaczego szydełkowanie, gotowanie, zwierzęta, wspinaczka, taniec, kino czy rękodzieło jest wartościowym hobby i może mieć je każdy, niezależnie od statusu materialnego czy wykształcenia. Makijaż, włosy czy kosmetyki to tematy tak miałkie i podrzędne, że nie warte nikogo, kto ma więcej niż dwie komórki (i nie mowa tu o ajfonach).



gość | Poniedziałek, 21.10.2013 | Zgłoś | Odpowiedz
Z tego wywiadu wyłania się obraz głupiutkiej kobietki, nie potrafiącej przytoczyć poprawnie nazwiska idolki ani zbudować zdania złożonego bez błędu. Moze i tak, ale dajcie jej zyc, przeciez gdyby miala pod czacha moce przerobowe na doktorat to nie zylaby z malowania innych, prawda? Wiekszosc fryzjerek, kosmetyczek czy manikiurzystek tytanami intelektu nie jest, bo byc nie musi. 

gość | Poniedziałek, 21.10.2013 | Zgłoś | Odpowiedz
Blachara straszna...Kolejna ekspertka, wizazystka I kij wie co jeszcze nie znajaca sie na skladach kosmetykow. Czego oni ucza w tych "szkolach"? Pilowania plastikowych pazurow, no ilez mozna?

gość | Poniedziałek, 16.09.2013 | Zgłoś | Odpowiedz
szczerze blog nie jest zbyt odkrywczy, każdy makijaż zrobiony " na jedno kopyto", paznokcie w jednym kolorze itp. Jak dla mnie blogowanie stało się swoistym hobby młodych panieneczek, które chcą zabłysnąć, zrobią sobie parę fotek, sklecą kilka zdań, a potem proszą koleżanki o komentarze.


Nie jestem panieneczką, ani nie proszę koleżanek o komentarze. Wręcz przeciwnie czuję się nieco skrępowana, jak ktoś z "reala" czyta moje wypociny. Jakby nie było, pisane w populistycznym stylu, ale skoro w taki efekciarski sposób gadam, to po co udawać, że sypię trzynastozgłoskowcem. Nie czuję się urażona powyższymi komentarzami, nawet nie bardzo czuję żeby mnie dotyczyły. Żal mi tylko, że ktoś uzurpuje sobie prawo do TAKIEJ oceny czyjegokolwiek miejsca w sieci.


gość | Czwartek, 02.05.2013 | Zgłoś | Odpowiedz
Autorko bloga: Widzieliśmy już co sobie wcierasz w buzie, włosy co jesz a nawet czym myjesz zęby, ale nie widzieliśmy jeszcze jak się załatwiasz, ani jakim papierem podcierasz ... :( Śmiało tyle pokazałaś ze swojego życia prywatnego, zrób jeszcze ten jeden mały kroczek, co Ci szkodzi? Oczywiście za kasiore! :)

gość | Czwartek, 02.05.2013 | Zgłoś | Odpowiedz
sorry,ale kto do cholery wchodzi na takie rzeczy typu kasia tusk itp. ja rozumiem,ze Piotr Pustelnik opisuje wsoja wyprawe na K2, ale tego typu rzeczy to strata czasu

gość | Piątek, 03.05.2013 | Zgłoś | Odpowiedz
autor: gość
swietny komentarz!!!!!!bravo!
autor: gość
Wlazłam na ten blog i po prostu szok- laska wrzuca w net zdjęcie każdej pierdółki, którą kupiła, robi foty swoim posiłkom, gazetkom, kawie. Od czasu do czasu jakaś powierzchowna recenzja kosmetyku.
Czy te wszystkie blogi są takie durne? Wstydziłabym się takich trywialnych "zainteresowań" i tracenia czasu na dzielenie się ze światem informacją jaki krem na pękające pięty kupiłam.
Te wszystkie blogi, to dowód, że Lem miał rację..

gość | Wtorek, 09.04.2013 | Zgłoś | Odpowiedz
no i o czym z taka pogadasz, jak tylko makijaze i moda takiej w glowie.

gość | Środa, 10.04.2013 | Zgłoś | Odpowiedz
niby tak, ale te dziewczyny wystawiają się na krytykę na własne życzenie. nikt im nie każe prowadzić bezsensownego bloga i informować całego świata o tym, że kupiły sobie nowego t-shirta i wrzucać fotorelacje z usuwania wągrów z noska. można robić w zyciu cos konstruktywnego i być ocenianym za osiagnięcia, ale jak ktoś wrzuca swoje foty w nowych ciuszkach, to jest oceniany za, to co prezentuje.. 



Trywialne zainteresowania, strata czasu, obdzieranie się z prywatności... Wszystko prawda, ale kto nabija 50 tysięcy wejść na posta o pękających piętach? Internety nie są nieskończone, Ci sami co lżą, szukają potem ratunku na zajechane pięty. Tak samo Ci, co z pobłażaniem uśmiechają się mówiąc: "no, chłop pracuje, a ona się bawi w kosmetyki", dopadają mnie potem na imprezie i konspiracyjnym szeptem pytają o botox na nadpotliwość i depilację laserową bikini. 

Wybaczcie, ale musiałam. 


A żeby wszystkim hienom dać argument w łapę... Chyba znalazłam następcę Guerlain Extreme Parure - w postaci Artdeco. I tak, mam pory skóry, i zmarszczki też mam, fotoszopa i mózg też mam, obu ostatnich używam rzadko.



It's SKIN Power 10 Formula GF Effector - miało nawilżać, a się lepi - miało robić dobrze, a nie robi nic.

Jak to możliwe, że można tak zachwycić się i tak zawieść kosmetykami z jednej serii. Byłam pewna, że It's SKIN Power 10 Formula utrzymają dość jednolity poziom dla całej linii. Po udanym romansie z >>WR Effector with Adenosine<< (we wspomnianej recenzji także przegląd całej linii) w podskokach zamówiłam nową buteleczkę rzeczonego oraz dwa nowe produkty. Dziś będę się pastwić nad GF Effector, który nie robi nic - w obliczu drugiego Itsskina jaki zawitał na mojej półce, "nicnierobienie" jest więcej niż pożądane (ale o drożdżowym koledze wkrótce).



OBIECANKI PRODUCENTA

Krem wodny - serum zawierające ekstrakt z grzybów Maitake intensywnie nawilża i chroni skórę przed utratą wilgoci w każdym klimacie. Łagodzi suchą i nadwrażliwą skórę, zmniejsza zaczerwienienia i poprawia elastyczność skóry.


Zawarty w serum ekstrakt z grzybów Maitake nawilża i chroni skórę przed utratą wilgoci lepiej niż kwas hialuronowy, łagodzi podrażnienia i zaczerwienienia, zwiększa syntezę kolagenu, wzmacnia tkanki skóry i zwiększa elastyczność skóry, zapobiega starzeniu się skóry spowodowanym złym wpływem środowiska zewnętrznego. Dodatkowo zawarta w nim witamina B2 ma dobry wpływ na cerę trądzikową i z łojotokowym zapaleniem skóry.



Buteleczka zawiera 30 mililitrów i wystarczy na około miesiąc , jeśli używamy tylko na twarz dwa razy dziennie. Krem jest wodnisty i lekki, więc łatwo dobrze rozprowadzić nawet niewielką jego ilość.
Pojemność: 30 ml
Cena: ok. 65 pln w polskich sklepach internetowych, na ebay dostępna już od ok.30 pln

OPAKOWANIE

Jak zwykle od It's Skin dostajemy coś bardzo apetycznego. Szklana buteleczka w energetycznym kolorze aż krzyczy" niosę nawilżenie". Wygodna pipetka, działająca bez zarzutu podaje ilość kosmetyku, jaka jest mi potrzebna na pokrycie twarzy i szyi. Gumowa końcówka kroplownicy zabezpieczona jest plastikową zakrętką.


Niestety próżno szukać czegoś innego niż koreańskie robaczki, które jakby nie były piękne (kiedyś pokażę Ci co mam w sypialni ;) ), niewiele mi mówią. Mamy informację o okresie przydatności i podziałkę, dzięki której kontrolujemy zużycie.


SKŁAD

Water, Grifola Frondosa (Maitake) Mycelium Ferment Filtrate Extract, Butylene Glycol (humekant), Glycerin, Polyglutamic Acid (humekant), Methylparaben, Propylene Glycol (humekant), Carbomer (zagęstnik), Triethanolamine (regulator pH), Caprylic/Capric Triglyceride (emolient tłusty), Chlorphenesin (konserwant), Sodium PCA (humektant), Disodium EDTA (konserwant), Urea (mocznik), Atelocollagen (nawilżacz pochodzenia zwierzęcego), Titanium Dioxide (barwnik), Mica, Ultramarines (barwnik), Sodium Chondroitin Sulfate (polimer nawilżający).

Dawno nie widziałam parabenów tak wysoko w składzie, ale mamy też ekstrakt na drugiej pozycji po wodzie - działa na wyobraźnię.

ZAPACH, KONSYSTENCJA

W przeciwieństwie do adenozynowego kolegi pachnie nijako, ani miło, ani odpychająco. Nie charakterystycznie i nie trwale.

Konsystencja jest bardzo przyjemna. Lubię produkty o takiej formie. Jak nazwa popularna wskazuje (krem wodny) konsystencja jest lekko lejąca, płynna, kisiel na kilka chwil przed końcem gotowania. Zawieszone w produkcie niebieskie drobinki znikają na skórze. Trzeba jednak dobrze wstrząsnąć butelką - ja przez jakiś czas używałam bez drobinek :), ponieważ osiadały na dnie.



DZIAŁANIE

Zużyłam większą część opakowania, bardzo chciałam dać mu szansę - ciężko mi było go skreślić po WR Effector. Jednak, nie bez smutku, muszę stwierdzić, że nie jest to produkt wart 65 pln, ani mojego czasu, a i moja gęba lubi mocniejsze doznania. Produkt nawilża w bardzo niewielkim stopniu, zdecydowanie za małym, jak na kosmetyk stricte nawilżający. Jest to za mało żeby zrezygnować z kremu (zresztą nie taka jest idea producenta), a z kremem uzyskuje identyczny poziom nawilżenia, jak przy użyciu samego kremu bez Itsskina. Nie zaobserwowałam wpływu na elastyczność skóry, jak również działania łagodzącego. Muszę za to wspomnieć o problematycznym wchłanianiu. Mimo lekkiej formuły zostawia lepką warstwę na skórze, co utrudnia aplikację makijażu. Co ciekawe, skóra oczyszczona i zpeelingowana szczotką Nutra Sonic "wypija" produkt do końca (eksperyment
 >> TU<<).

Ot mazidło, bez szału, bez fajerwerków, a że opakowanie fajne ... cóż, to mało! Nie zrobił nic, zawsze mógł zaszkodzić...

Co gorsza, kolega GF Effector, drożdżowy krem wodny YE Effector, zostanie wydany w świat niemal nieużyty - bo się nie da! Recenzja wkrótce.


W ciągu kilku dni na blogu pojawi się post z kosmetykami "na wydanie". Znajdziesz tam także GF i YE Effector.

niedziela, 26 stycznia 2014

Makijaż studniówkowy obłędnych dwukolorowych oczu

Halo! To ja! Spomiędzy zasp, zamieci i tumanów śniegu wyłaniam się ja. Co tam Chodakowska! Półtorej godziny na łopacie, na której oprócz śniegu znajduje się dwudziestokilowy obciążnik, w postaci Dziedzica! To dopiero wycisk!

Mam dziś dla Ciebie makijaż studniówkowy ślicznej dziewczyny. Zanim ktoś zacznie strzelać: jest mocno pudrowy, bo Pani ma problem z błyszczeniem, a makeup robiłyśmy w południe - musiał matowo dotrzymać do wieczora. Uwielbiam różnokolorowe oczy, bajdełej.




PS. Muszę Ci powiedzieć co w tej chwili robi moje Dziecię. Pokrywa moje stopy precyzyjnym rysunkiem tatuażowym. Używa do tego zielonego oraz pomarańczowego flamastra. To się nazywa nail art...



czwartek, 23 stycznia 2014

Valentine's Day is coming! Mickey migdali się z Minnie czyli walentynkowe paznokcie

Dopiero co pożegnaliśmy kiczowate i komercyjne Boże Narodzenie, a już wpadamy (albo i nie) w szpony jeszcze bardziej tandetnego tworu. Oczekujesz, że napiszę, jak bardzo nie lubię Walentynek, jakie to sztuczne, importowane, że kochać trzeba się na co dzień... Otóż zmartwię Cię. Trzeba to mieć dystans do świata i do zabawnych (bardziej niż głupich) serduszkowych obchodów.

Wiesz, że infantylne paznokcie to moja specjalność. Przemycam w 30letnią rzeczywistość trochę 15stki. Myślisz, że to śmieszne? :) Ach jak bardzo mi z tego powodu... wszystko jedno :)

Poznaj Mickey'go i Minnie. A teraz damy sobie buzi.


Po słynnych >>RENIFERACH<< kilka osób pytało mnie jak ONA to robi. ONA na imię ma Natalia, a robi to w następujący, piekielnie piękny, sposób ;)...






Natalię, w której głowie kocą się te wszystkie kreskówki, halołiny, renifery, starłorsy i inne diabły, można dopaść w Pazoo w krakowskiej Plazie. Acz nie jest to łatwe, bo nie tylko ja mam nierówno pod deklem i jest sporo amatorek tej radosnej twórczości. Natalia jest płodna jak córka Tantala i sypie rysunkami, jak z rękawa.

A więc: MUA!






Niniejszym zaczynam defiladę walentynkowych notek, jeśli jesteś wrażliwa na słodycz... wyposaż się w wiaderko, woreczek lub aviomarin. Buziak







wtorek, 21 stycznia 2014

Olejki do demakijażu - porównanie Sephora Supreme Cleansing Oil i Missha Perfect BB Deep Cleansing Oil,

Starcie gigantów? Zderzenie dwóch różnych filozofii urodowych? Może dwa zupełnie przeciętne i podobne parafinki w płynie, których różnica cenowa wynika tylko z tego, że jeden trzeba ściągnąć z Korei?

Lubię dryfować po antypodach internetów i z każdej wycieczki w makijażowo-kosmetyczny świat, przytulam (poza toną kosmetycznych wynalazków) coś więcej - jakieś rytuały, przekonania czy teorie. Tak z wyprawy w azjatycką pielęgnację, która na dłuższą metę zostawiła w mojej łazience bardzo niewiele, został zwyczaj wieloetapowego oczyszczania twarzy. Kilka lat temu z przekonania nie używałam wody wcale, zdając się na mleczka, toniki i płyny do demakijażu oka. Potem długo w całości zmywałam się micelem. A potem... potem zrozumiałam, co nakładam na twarz i jakich środków potrzebuję, by to usunąć. Silikony zawarte w bazach i kremach BB bywają nierozpuszczalne w wodzie i nawet hydrofobowe cząstki miceli nie dadzą im rady. Wieloetapowy rytuał wieczorny bardzo służy mojej skórze, nieco gorzej wpływa na objętość czasu, kiedy mogę robić, co chcę... Ale zakładając, że to właśnie chcę robić (jak się nie ma, co się lubi, i tak dalej ;)...

W kilku punktach, bo pora przejść do sedna:
1. micelem oko
2. olejkiem paszczę
3. pianką paszczę i dekolt za pomocą szczoty
4. tonikiem (ale nie w rozumieniu klasycznym - tylko przywracającym pH, a bardziej rozbudowanych produktem) całość.




Chciałam Ci przedstawić dwójkę, która, jak mniemam, ma robić to samo. Robi jednak nieco co innego i za znakomicie różną cenę. Przed Tobą obnażone: Sephora Supreme Cleansing Oil i Missha Perfect BB Deep Cleansing Oil.

OBIETNICE PRODUCENTA

Sephora Supreme Cleansing Oil
Formuła nie zawiera mydła. Zmywa i usuwa makijaż twarzy oraz oczu, nawet makijaż wodoodporny, nie pozostawiając żadnych śladów. Nadaje skórze wyjątkową miękkość, bez tłustych pozostałości. Nie zawiera: parabenów, siarczanów, barwników syntetycznych, ftalanów, GMO, triclosanu. Testowany dermatologicznie i oftamologicznie.

Pojemność: 190 ml
Cena: 39 pln / ok. 0,21 pln/ml



Missha Perfect BB Deep Cleansing Oil
Olejek przeznaczony do głębokiego oczyszczania skóry podczas usuwania kremu BB, tłuszczy i innych substancji zapychających pory. Olej ten usuwa brud, nadmiar tłuszczu, a nawet wodoodporny makijaż, nadając skórze efekt świeżości i czystości. Olejek zawiera opatentowane składniki, które leczą problemy skórne.

Wśród składników można znaleźć:
- oliwa z oliwek – to antyoksydant, który chroni lipidowe struktury skóry przed utlenieniem i wolnymi rodnikami
- olej ze słonecznika – ma właściwości zmiękczające
- olej makadamia – działa regenerująco, odżywczo, wygładzająco i poprawia wygląd skóry
- olej jojoba – doskonale nawilża zapobiegając wysuszeniu skóry, reguluje wydzielanie sebum i łagodzi stany zapalne
- olej z nasion Meadowfoam – olej doskonale nawilżający i zmiękczający skórę
- olej z pestek winogron – odpowiada za stabilizację kolagenu i elastyny, działa przeciwutleniająco, przeciwzapalnie, regenerująco i nawilżająco
- olej z drzewa herbacianego – posiada silne właściwości bakteriobójcze, grzybobójcze i wirusobójcze, normalizuje pracę gruczołów łojowych.

Pojemność: 105 ml
Cena: 77 pln / ok. 0,73 pln/ml


Sephora chwali się długą listą substancji, których olejek nie zawiera, natomiast Missha skupia się na tym, co zawiera ich produkt. Europejski kosmetyk informuje, że jest na wskroś przetestowany, a azjatycki kolega twierdzi, że robi więcej niż demakijaż. Różne informacje i jakże różne ceny.

SKŁAD
Sephora Supreme Cleansing Oil
Paraffinum Liquidum (Mineral Oil), PEG-6 Isostearate (emulgator), Crambe Abbyssinica Seed Oil, Simmondsia Chinensis (Jojoba) Seed Oil, Parfum, Gossypium Herbaceum (Cotton) Seed Oil, Helianthus Annuus (Sunflower) Seed Oil, Retinyl Palmitate (witamina A), Tocopherol (witamina E), BHT (przeciwutleniacz)

Chciałoby się rzec: Leo, why? Why parafina na pierwszej pozycji? Wiele osób skreśli ten produkt na wstępie. Potem jest tylko lepiej - skład dość krótki, ale pozycja oleju bawełnianego i słonecznikowego po zapachu sugeruje ich dość niewielką zawartość.

Missha Perfect BB Deep Cleansing Oil
Isopropyl Myristate (emolient suchy, bywa komedogenny)Caprylic/Capric Triglyceride (emolient tłusty, może być komedogenny), PEG-20 Glyceryl Triisostearate (emulgator)Cetyl Ethylhexanoate (emolient tłusty, bywa komedogenny), Mineral Oil (parafinka), PEG-8 Isostearate (emulgator, humektant), Hydrogenated Polydecene (emolient), Macadamia Ternifolia Seed Oil, Olea Europaea (Olive) Husk Oil, Alcohol Denat., Helianthus Annuus (Sunflower) Seed Oil, Simmondsia Chinensis (Jojoba) Seed Oil, Vitis Vinifera (Grape) Seed Oil, Limnanthes Alba (Meadowfoam) Seed Oil, Prunus Amygdalus Dulcis (Sweet Almond) Oil, Cocos Nucifera (Coconut) Oil, Olea Europaea (Olive) Fruit Oil, Tocopheryl Acetate (przeciwutleniacz), Melaleuca Alternifolia (Tea Tree) Leaf Oil, Jojoba Esters, Asparagus Lucidus Root Extract, Tussilago Farfara (Coltsfoot) Flower Extract, Laminaria Japonica Extract, Butylparaben, Propylparaben, Fragrance

Dużo dobrego, niestety dopiero po składnikach obiektywnie podejrzanych lub szkodliwych. Parabeny, alkohol, parafina nie nastrajają pozytywnie.

OPAKOWANIE


Sephora Supreme Cleansing Oil

Bardzo przyjazne rozwiązanie z pompką, w estetycznej butelce, której nie trzeba brać do ręki, żeby sobie "pompnąć". Mechanizm działa sprawnie podając taką ilość kosmetyku, jaka jest potrzebna. Pozwala zużyć olejek do końca.


Missha Perfect BB Deep Cleansing Oil

Niech Missha będzie przeklęta za tą koszmarną butelkę (wiem, że większa pojemność ma lepsze rozwiązanie). Nieporęczna, śliska, zamknięta zakrętką, pod którą...


... dziura. Ach żeby ta dziura, działała jak dziura działać powinna! Niestety, butelkę z twardego plastiku trzeba bardzo mocno ścisnąć, żeby wydobyć olejek, a ściśnięta sika na wszystkie strony, na umywalkę, na podłogę, na człowieka... rzadko do ręki. Zdecydowanie nie cierpię tej butelki. Takie rozwiązanie bardzo wpływa na wydajność, bo zawsze wylewa się za dużo.

KONSYSTENCJA I ZAPACH

Sephora Supreme Cleansing Oil
Sephora serwuje nam produkt mocno oleisty, gęstszy i obojętny w zapachu (w kierunku przyjemny). Nakładany na suchą twarz zostawia grubą, tłustą warstwę, zupełnie inną niż koreański kolega. Po zemulgowaniu mokrymi dłońmi zamienia się w gęstą, białą i wciąż lekko tłustą substancję, która dość dobrze zmywa się letnią wodą. Pozostawia jednak delikatnie tłuste odczucie na skórze. Przy czym skóra sama w sobie taka nie jest, ale mamy wrażenie, że coś na niej wciąż bytuje i przeszkadza. Nie podrażnia oczu, nie psuje wizji, daje radę rzęsom. Dzięki "mokrej" konsystencji dość dobrze rozpuszcza tusz.

Missha Perfect BB Deep Cleansing Oil
Olejek Misshy jest mocno wodnisty, mało oleisty i intensywnie kwiatowo pachnący (nie wiem czy ten zapach mi się podoba, bo pozostaje na skórze - czego nie lubię). Po nałożeniu na suchą skórę twarzy mam wrażenie jakbym używała suchego olejku, zupełnie nie sprawdza się na wytuszowanych rzęsach. Mam wrażenie, że zupełnie nie rozpuszcza tuszu, nie wchodzi między włoski - czuję się jakbym tarła wymalowane rzęsy na sucho. Po dodaniu wody na dłoniach natychmiast znika uczucie tłustości, zmienia się w białawą, transparentną emulsję. Zmywa się błyskawicznie i do zera. Bardzo podrażnia oczy, rozmazuje obraz co najmniej tak, jakbym walnęła ze 3 sety.

DZIAŁANIE

Postawiłam przed oleistymi myjkami takie wyzwanie, jeden secik dla Sephory i jeden dla Misshy:


Sephora Supreme Cleansing Oil



Missha Perfect BB Deep Cleansing Oil



Spłukana wodą ręka obnażyła wspomnianą wcześniej słabą zmywalność tuszu prze Misshę (niewodoodpornego). Reszta zlazła koncertowo.


Czas na wnioski, które, ostrzegam, będą pokrętne.

Za nami dwa specyfiki, które zmywają makijaż na podobnym poziomie, choć na prowadzenie wysuwa się Sephora, która domyła wszystko. Pytanie czy udało się jej to dzięki parafinie na pierwszej pozycji w składzie. Missha jednak nie zostaje zdyskwalifikowana, bo tusz mam z reguły zmyty, jak olejek wkracza do akcji. Skład drogeryjnego olejku jest krótki i nienajgorszy (poza pierwszą parafiną) - brak tu różnej maści syfów i syfków. Koreański zmywacz ma skład długi jak guma w ciążowych majtach, napchany dobroczynnymi olejkami i mniej dobroczynnymi peg-ami, parabenami, alkoholem i parafiną. Missha podrażnia oczy, ale zmywa się ekspresowo. Sephora zaś jest delikatna, ale schodzi z oporem. No i cena, która przemawia na korzyść Sephory.

Idą łeb w łeb, prawda?

Pozostaje jedna myśl, którą zostawiłam sobie na koniec.

Missha bardziej mi służy, skóra jest po niej delikatniejsza i miękka. Uczucie lepkiej tłustości zastępuje uczucie czystości i świeżości. Sephora Supreme Cleansing Oil skończę, bo nie jest zła, ale to Misshę zamówię ponownie. Być może wybiorę wersję recenzowaną ostatnio przez M. >>TU<<, bo ponoć daje radę tuszowi i nie drażni oczu, a wówczas sephorowski wynalazek spada kilka oczek niżej.

piątek, 17 stycznia 2014

Witaminowa pasta do zębów Agafii - czy da się umyć zęby bez fluoru i SLS?

Idę za ciosem, jako że post o >>szkodliwości fluoru<< szybko wspiął się do top 5, i przedstawiam dziś kolejną z moich bezfluorowych past do zębów. Wiele osób się zastanawia jak smakują, czy da się nimi umyć zęby i mieć uczucie świeżości, co w nich jest... postaram się rozwiać Twoje możliwości i być może zachęcić do spróbowania czegoś nowego. 

Niezależnie od dzisiejszej recenzji, będę chciała Cię zaprosić na gościnne występy na moim blogu. Temat pasty do zębów okazał się być na tyle poruszający, że moja koleżanka, klientka i dentystka w jednym przedstawi medyczny punkt widzenia - już wkrótce.


OBIECANKI PRODUCENTA

Organiczna pasta do zębów zapewnia efektywną pielęgnację jamy ustnej z problemami krwawienia dziąseł, zapobiegająca rozwojowi paradontozy. Naturalne składniki czyszczące sprzyjają efektywnemu i delikatnego usuwaniu nalotu nazębnego. Pasta jest niezwykle bogata w Witaminy A, C, E, P, B3, wzmacnia naczynia krwionośne i tkanki przyzębia, ogranicza krwawienie dziąseł.



• Organiczny ekstrakt z czarnej porzeczki - wspomaga proces regeneracji i przyśpiesza gojenie, odżywia tkanki przyzębia, przywraca mikro cyrkulację i wzmacnia naczynia krwionośne dziąseł.
• Organiczny ekstrakt uczepu trójlistnego - to naturalny ekstrakt z naci uczepu, który wykazuje silne działanie przeciwzapalne. Zawiera karoten, witaminę C , garbniki, flawonoidy. Przyspiesza gojenie drobnych ran, otarć.
• Organiczny ekstrakt tataraku - posiada działanie przeciwbakteryjne, przeciwzapalne i ściągające. Pomocny w leczeniu stanów zapalnych dziąseł, bólów zębów, w stanach zapalnych jamy ustnej i gardła. Kłącze tataraku bywa używane do żucia przy bólach zębów.
• Olej ałtajskiego rokitnika zwyczajnego - posiada właściwości przeciwzapalne i gojące, skutecznie leczy stany zapalne śluzówki i dziąseł.



PASTA NIE ZAWIERA: FLUORU, PARABENÓW, SLS, SLES, PEG, OLEI MINERALNYCH, SKŁADNIKÓW POCHODZENIA ZWIERZĘCEGO, FTALANÓW, SKŁADNIKÓW MODYFIKOWANYCH GENETYCZNIE.

Pojemność opakowania: 75ml
Cena: 19,90 pln


SKŁAD

Aqua, Silica (krzemionka), Sorbitol (humektant, stosowany także w żywności), Glycerin, Xylitol (krystaliczny cukier brzozowy), Sodium Lauroyl Sarcosinate (bezpieczny środek myjący http://www.ncbi.nlm.nih.gov/pubmed/11358107), Xanthan Gum (guma ksantowa), Ribes Nigrum Leaf Water, Hippophae Rhaimnoides Fruit Oil, Citrus Limon Peel Oil, Melissa Officinalis Flower/Leaf/Stem Water, Rosa Canina Fruit Oil, Hypercium Perfonatum Flower Extract, Glycyrrhiza Glabra Root Extract, Mel Extract, Achillea Millefolium Flower Water, Disodium Rutinyl Disulfate (wit. P), Asorbic Acid Polypeptide (rozpuszczalna w wodzie forma witaminy C), Tocopherol (witamina E), Chamomilla Recutita Flower Extract, Carmel, Sodium Benzoate (konserwant, dozwolony do stosowania w kosmetykach w ograniczonym stężeniu), Potassium Sorbate (konserwant, dozwolony do stosowania w kosmetykach w ograniczonym stężeniu), Parfum, Citric Acid (kwasek cytrynowy), Limonene (zapach), CI 75120

Piękny, najzieleńszy skład jaki ostatnio widziałam!



OPAKOWANIE

Lubię opakowania z tektury falistej. Nie wiem czy to oznaka, że jestem ofiarą ekomarketingu i mam rzut serotoniny na widok recyklingowalnego materiału, czy w zalewie neonowego plastiku oko cieszy się, gdy nic nie wali po gałach z kilometra. Klasyczna, dla rosyjskich ekokosmetyków, szata graficzna - dość przyjemna. Skład w języku angielskim to jedyne znajome litery, a naklejka polskiego dystrybutora mówi mniej niż mało.

Tubka bez wodotrysków - jak tubka, z aluminiowym zabezpieczeniem.


ZAPACH, KONSYSTENCJA, SMAK

Produkt pachnie mocno ziołowo, ale przyjemnie. Nie kojarzy mi się to z niczym, do czego mogłabym Ci ją porównać. Nie jest to woń ani agresywna, ani też klasyczna miętowo-kolgejtowa.

Konsystencja nieco różni się od tradycyjnej pasty do zębów, jest bardziej płynna i zdecydowanie mniej się pieni. Jeśli potrzebujesz "piany w pysku", to nałóż więcej pasty, albo pożyczę Ci Dziedzica.


Kolor jest delikatnie rzec biorąc umiarkowanie zachęcający - ale jak zobaczysz gładkie, czyste zęby i dziąsła bez odrobiny krwi, takie szczegóły zejdą na dalszy plan.

W smaku pasta jest hmmm "niepyszna", ale dla pyszności to chleję wino i zagryzam pleśniakiem. Mimo braku mięty, pojawia się na języku "piekące" odczucie. Smak jest ziołowy, swoisty i specyficzny.

DZIAŁANIE

Jestem zachwycona. W sumie na tym mogłabym zakończyć tę recenzję, albo powtórzyć to jeszcze kilka razy. Pomijając zupełnie skład bez SLSów i fluoru, pasta po prostu świetnie działa. 
Wraz z Dziedzicem dostały mi się problemy z krwawiącymi dziąsłami i po umyciu zębów zwykłą pastą (dostosowaną do mojej dolegliwości) wyglądam jakbym właśnie spożyła ofiarę na surowo. Po tej paście nie mam nawet 5% standardowych doznań. Dziąsła mają zdrowe, jasne zabarwienie. Zęby są przyjemnie gładkie. Czy przeszkadza mi brak miętowego oddechu? Zupełnie nie! Dużo bardziej przeszkadzały mi rwące potoki posoki!