środa, 19 marca 2014

Włosy szkliste nabyte - o losie! Czemu ja tego wcześniej nie odkryłam.

Człowiek jest głupi! A im bardziej próbuje wyjść z impasu niewiedzy, tym głupszy się okazuje! Naczytałam się o włosach i porowatościach. Olejów zużywam tyle co McDonald's na Floriańskiej. Dobrze, że nikt jeszcze nie wysnuł teorii, że uryna dobrze robi, bo po wstępnej fazie obrzydzenia mogłabym spróbować (heloł! jestem matką! nic mnie nie rusza!) i skończyć metodą inwersji (>>KLIK<<) w bidecie.





Wiem, że nic nie spada z nieba, na wszystko trzeba czasu - nie zniechęcam się - liczy się systematyczność. Z zawistną i spienioną zazdrością oglądam na internetach historie włosów, które po roku olejowania wyglądają jak 8 cud świata. Moje owszem są namacalnie lepsze, lecz gdzież im do tych błyszczących tafli (schnących naturalnie!). I choć potrafię sprawić żeby udawały zdrowe, błyszczące włosy - to nie o to mi chodzi! Doszłam do włosowej ściany - mogę ją ominąć, walić głową w mur lub zawrócić. Postanowiłam cofnąć się do początku, zapomnieć wszystko, co wiem i... (wybacz kurwę, musiałam) KURWA, EUREKA!

Nie piszę tego pod wpływem żadnej enigmatycznej substancji, a pod wpływem (i na podstawie) >>TEGO<< wpisu.

WŁOSY SZKLISTE NABYTE

  • Włosy, które w dotyku nie są gładkie i elastyczne
  • Można wyczuć palcami warstwę tłustawo-gumowego nalotu, który hamuje dotyk przy przeciąganiu palcami po paśmie z góry w dół
  • Bardzo źle wchłaniają wodę. Mimo otwartych łusek, woda jakby wcale w nie nie wsiąkała, więc podczas moczenia przed myciem, wciąż wydają się w dotyku suche.
  • Ostatecznie, często długo schną.
  • Wcale nie gładkie i połyskujące, raczej jak stłuczone szkło - chropowate i nieregularnie błyszczące lub wcale.
  • Zwykle dosyć cienkie i delikatne. Z dużą ilością odstających łusek, stąd ich szorstkość i brak blasku/mat.
  • Nieregularność ustawienia łusek, ich liczne wyłamania zestawione ze ściślejszymi domknięciami, tworzą powierzchnię narażoną na zbieranie wilgoci i zmianę kształtu, więc włosy te łatwo się puszczą, miejscami skręcają.
  • Włosy po próbach stylizacji w fale wyglądają trochę jak połamane, nie chcą trzymać skrętu.
  • Wyprostowane puszą się.
  • Włosy tego typu stają się ekstremalnie sztywne, suche i jakby kruche przy zastosowaniu protein.
  • Po emolientach są wiotkie, spuszone i na drugi dzień wyglądają jak tłuste.
  • Po humektantach następuje wybitna szorstkość, na mokro w dotyku jakby drewniane. Po wyschnięciu niczym szczotka.
  • Po silikonach. Następuje znaczna poprawa, włos jest wygładzony, ale jakby za ciężki, ale nadal trochę "ogumiony". Nie ma jednak zwartej, gładkiej tafli.
Jak poznać, że to cecha nabyta a nie wrodzona?
  • Włosy na czubku głowy będą gładsze i przylegające, a szklistość wykazywać będą te na długości do końcówek.
  • Włosy z wrodzonym typem szklistym puszą się od skalpu

Co z tym przekleństwem robić?
Przede wszystkim należy wprowadzić niewielką ilość protein, aby załatać największe ubytki w łuskach, a następnie włos uelastycznić przy użyciu emolientów. Postanowiłam iść po bandzie i dać dziś na głowę wszystko - będzie co będzie! Nie do końca pewnie czuję się w podziale odżywek na humektanty, emolienty i proteiny - więc będzie chaos, wszystko z wszystkim jak u Alfa, ale-ale!, w tym szaleństwie jest metoda.


Nowa włosowa rutyna i efekt, który mnie zaskoczył.


Cytując bloga (wybacz, nie pamiętam gdzie to przeczytałam, ale lojalnie informuję, że kradzione) włosy były lekkie jak bąk po fasolce po bretońsku, pachniały nieco lepiej, ale dawały tak samo dużo perwersyjnej radości.

1. Emolient/humektant na sucho - przy okazji ekstremalnej wylinki >>Retix C<< obficie smarowałam się kremem dodupnym Dziedzica Linomag z Ziołoleku. Krem migrował na włosy, a ja zauważyłam, że bardzo dobrze im robi. Nasmarowałam więc suche włosy rzeczonym tłuściochem, który zawiera: płyn linomag (olej lniany), witaminę F, parafinę i wazelinę - same emolienty + humektant.
Posiedziałam sobie z tym Linomagiem na głowie godzinkę, po czym umyłam głowę...

2. Mycie - najpodlejsze z podłych. Nie miałam Facelle, ani nic podobnego o krótkim, SLSowym, oczyszczającym składzie, więc umyłam włosy żelem pod prysznic Balea, które hektolitrami wysyła mi z Niemiec szwagierka. Uwierz, myłam łeb i byłam pewna, że mnie ta arbuzowa przyjemność uczuli, włosy odpadną, a skóra głowy pokryje się posoką - nie stało się tak ;)

3. Proteiny - nałożyłam Kallosa Latte, którego dostałam od M. z magdanawakacjach.blogspot.com i zabrałam się za likwidację namacalnych efektów >>BIOTYNY<<, które występują niestety niewyłącznie na głowie. Przy aktualnej dawce 10 mg zarastam jak dziki zwierz, ale pazury mam ze stali. Po 10 min zmyłam dokładnie i zapodałam...

4. Odżywkę emolientowo/humektantową - PLANETA ORGANICA, MORZE MARTWE, ODŻYWCZY BALSAM DO WŁOSÓW i trzymałam ją 3 min, wykonując w "międzyczasie" peeling rokitnikowy (SOLNY! kurwamaćpogoleniujakpiekłojestemkopniętawmózg). Spłukałam dokładnie i bardzo obficie, po czym nałożyłam jeszcze odrobinkę na końce i spłukałam letnią wodą.

Uwaga! Dałam włosom wyschnąć naturalnie! Są elastyczne, miękkie, błyszczące bez olejków do stylizacji i silikonów. Odkryłam nową drogę. Chciałoby się rzec, że z włosami jest jak z wychowaniem dzieci: kiedy już wydaje Ci się, że opanowałaś sytuację, wszystko idzie w dobrą stronę - pamiętaj, tylko Ci się wydaje ;)









9 komentarze:

A tutaj muszę rzec że mój nieżyjący już dziadek opowiadał mi że kobiety kilkadziesiąt lat wstecz płukały włosy moczem bo wtedy siwizna nie wychodziła na wierzch - tak samo ponoć myli twarz bo usuwał bardzo skutecznie trądzik - także trzeba pokopać głębiej. Osobiście takowych zabiegów nigdy nie stosowałam i raczej nie zamierzam :)

Robaczku, tego chyba by mój małżonek szanowny nie przełknął. Choć przypomniało mi się, że jako dziecko nie mogłam wyleczyć się z kurzajek i po metodach tradycyjnych i zielarskich, pomogły mi zabiegi medycyny chińskiej i jako jedno z zaleceń otrzymałam: nacieranie zmian porannym moczem - nie robiłam tego, bo zupełnie nie mogłam się zmusić.

na drugim zdjęciu włosy wyglądają niesamowicie ! :)

http://www.dbaj-o-wlosy.com/2012/08/mycie-twarzy-i-wosow-moczem_6919.html

poza tym urynologia to osobna dziedzina jest, Moja Droga, dziś miałam nawet w ręku książkę o tym wdzięcznym tytule i są na nią chętni! O.O

Ja się odniosę do hektolitrów Balei - myślisz, że jak ładnie poproszę, to Asia by mi coś wysłała? ^^
I do biotyny - kocham ją i nienawidzę, if you know what I mean ;) Nawet Adam zauważył, że zarastam!

Marcepanka, no właśnie, wyglądają ;)

Madziu, ludzie jedzą też glinę, dla detoksu. Ale ja się pytam i co z tego!!! ;) baleę już masz zalatwioną. A biotyna no cóż, prawdziwy love-hate relationship.

A ja probowalam moczu, z czystej ciekawosci. Nie badzmy obludni, nie jest to jakas trucizna (choc je zawiera w znikomym stopniu) ale stad miedzy innymi jej sekret...
Wlosy przyciemnia (te niesiwiejace tez), na twarz tez dziala. Ale co kto lubi...dla mnie cel uswieca srodki.

Na pewno lepiej na tym wychodze niz nakladajac kolejne chemiczne dziadostwo.

moczem usuwa się też afty... wiem od mojej mamy, ktora że zdziwieniem pytałam robiłaś mi tak? żeby potem trzec tak synkowi buzke- działalo lepiej niż apteczne żele...

Tutaj możesz dopisać się do listy Polskich Blogów i zyskać promowanie! Zapraszam

http://polskieblogi.blogspot.com/

Prześlij komentarz